Nasz wielki dzień - podsumowanie

czwartek, 29 grudnia 2016
data:post.title
Nadal nie mogę uwierzyć, że od prawie miesiąca jestem żoną. Ha! Jak to dziwnie brzmi (ale w tym dobrym sensie). 3 grudnia był jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu. Pełnym wzruszeń, pozytywnych emocji, śmiechu i radości.
Chcę Wam trochę opowiedzieć o naszym ślubie i przyjęciu, chociaż zastanawiam się jak to ugryźć. Wiem, że będzie to dłłłłłłuuuuggggaaaaaa historia :)
Fot. Domoslava Pictures

Mogę zacząć od pogody, która była wymarzona na zimowy ślub - śnieg, słońce i lekki mróz sprawiły, że czułam się jak Panna Młoda z tych wszystkich zimowych inspiracji (kilka dni później przyszło ocieplenie i deszcz, co fatalnie wpłynęłoby na samopoczucie i ogólną aurę dnia ślubu).

Czy się stresowałam w dniu ślubu? 
Na ogół nie. Jedynym co mnie stresowało, to to, że restauracja nie będzie przystrojona w sposób, jaki sobie wymarzyłam. Na całe szczęście wszystko wyglądało bajecznie. Wiem, że sporo Par Młodych stresuje się do momentu zakończenia uroczystości w Kościele/ USC czy innym miejscu, ja natomiast nie stresowałam się ani trochę. Za to Michał przejął stres z nawiązką. Podczas przysięgi mocno się wzruszył, a z nim wszyscy goście :)
Fot. Domoslava Pictures
Jak pamiętam swój ślub?
Sobota zaczęła się trochę nerwowo - mama przez stres nie bardzo słuchała co się do niej mówi i cały scenariusz prawie trafił szlak. O dziwo mój tato bardzo się nim zainteresował i jakoś "poszło".

Rano przyjechała do domu Kasia - świetna dziewczyna, która zajęła się moją fryzurą. Z racji tego, że ślub odbywał się w moim rodzinnym mieście (a nie w Warszawie), nie miałyśmy czasu na fryzurę próbną - martwiło mnie to, bo miałam w głowie bardzo wyraźną wizję siebie i zazwyczaj fryzjerzy bardzo źle wykonują powierzone im przeze mnie zadanie. Jestem bardzo wymagająca i złe doświadczenia z przeszłości powodowały, iż bałam się tego, jak mogę wyglądać - na szczęście żadne ze złych demonów nie zaatakowały, a całość wyszła świetnie!

Następnie w drodze na makijaż zawieźliśmy dekoracje do restauracji. Marlena przygotowała piękne dekoracje. Sama nie mogę się nadziwić jak "zwykłe" butelki z wstążkami mogą wyglądać elegancko, a zarazem swojsko w dekoracji ślubnej. A kwiaty? BAJECZNE! Tylko takie słowo przychodzi mi na myśl. Nie przepadam za idealnie okrągłymi i ułożonymi bukietami, ale to chyba po prostu kwestia gustu (a wiecie, że uwielbiam styl rustykalny, boho, whimsticle czy industrialny). Żałuję tylko, że Marlena nie mogła uczestniczyć tego dnia w dekorowaniu restauracji, ale stwierdziliśmy, że dla niecałych 35 osób nie ma sensu jej ściągać 200 km i rozstawimy je sami. Wiem jedno - podziwiam Pary Młode, które same w dniu ślubu (czy też dzień przed) dekorują salę weselną na kilkadziesiąt lub kilkaset osób, do tego Kościół, domy czy inne miejsca. Niepewność "czy zdążymy?!" jest straszna. Poza tym trzeba mieć w sobie duże pokłady cierpliwości, żeby nie wkurzać się co chwilę, jak coś nie wychodzi. 
Bukiet ślubny
Grzebyk do włosów - zrezygnowałam z welonu, więc ozdoba we włosy była konieczna. Marlena wyczarowała mi ten piękny grzebyk, który jest teraz zasuszony :)
Dekoracje na stół
Dekoracje na stół
Korsarze na rękę naszych Mam
Butonierka Michała, taty i świadka
Makijaż wykonała Ewa. Powiem Wam, że sytuacja podobna jak przy fryzurze - brak makijażu próbnego, presja czasu i moja wymagająca skóra. Od lat cierpię na paskudną przypadłość jaką jest trądzik. Już nie chcę wymieniać co przetestowałam, a czego jeszcze nie. Nie mniej jednak jak zwykle przed takimi uroczystościami bywa - wysypało mnie! Ale Ewa się nie przeraziła i zrobiła mi taki makijaż, że ludzie mnie nie poznawali :D Na co dzień maluję się bardzo delikatnie, a tutaj byłam zupełną przeciwnością. Miałam pięknie podkreślone oczy, ukryte niedoskonałości i zaznaczone kości policzkowe. Niby standard, ale dla osoby z problemami skórnymi dobry makijażysta w dniu ślubu to skarb jakich mało :)
Fot. Sk Ewa
Fot. Sk Ewa (moja mina bije wszystko! :D ale Słońce tak mi raziło w oczy, że bałam się, że popłynął mi łzy)

Wracając do domu po makijażu dostałam bardzo niepocieszający telefon - zadzwoniła moja mama i powiedziała, że menadżerka restauracji zmienia mi właśnie dekoracje. Od początku z restauracją miałam problemy - jak nie z liczbą gości, to z menu. Jak nie z menu, to z dekoracjami itd. Oczywiście wszystko razem z p. Beatą dokładnie ustaliłam, ale to się w sobotę nie liczyło. Wiedziałam, że nie chcę obrusów, bo chciałam podkreślić styl rustykalny przyjęcia i swojski klimat sali (na zdjęciach możecie zobaczyć, że wygląda ona jak wnętrze stodoły). Jednak kiedy Pani menadżer sama (bez uzgodnienia ze mną czy Michałem) postanowiła pozmieniać to i owo w dekoracjach prawie trafił mnie szlak! Obrusy zostały położone na stoły, butelkowe dekoracje nagle jej przeszkadzały, więc zamiast szykować się w domu spokojnie do przyjęcia, musiałam ustawiać dekoracje. Ślub zaczynał się o 13:30, a ja przyjechałam o 12:30 do domu. Co więcej o 13:05 malowałam jeszcze swoją siostrę, a 10 min później wychodziłam z domu :D
Fot. Domoslava Pictures

Na przygotowania przyjechała również Domosława, która fotografowała Nasz dzień. Z racji tego, że Michał pojechał przygotować się do hotelu, tylko ja "załapałam się" na sesję z przygotowań. Są to świetne fotografie i nie żałuję, że się dałam przekonać :) Miałyśmy z Patrycją nie mały ubaw, jak pomagała mi się ubierać. Domosława uchwyciła na ślubnych zdjęciach wiele emocji, na których bardzo mi zależało. Fotografie są mocno w klimacie ślubu i efekt jest bardzo zadowalający. Zdjęcia czekają aktualnie na wywołanie i zakup pięknego albumu :) 
Fot. Domoslava Pictures

Michał zobaczył mnie dopiero w USC. Tzn widział mnie w domu po fryzurze i makijażu, ale w sukni zobaczył mnie dopiero w Urzędzie. Jak przypominam sobie Jego wyraz twarzy jak mnie zobaczył, to cały czas mam ciarki (na taką reakcję liczyłam :D). Było trochę jak na filmach amerykańskich, haha. Oczywiście nie obyło się bez wpadki w USC - Michał myślał, że zapomniał o obrączkach. Okazało się, że zostały w płaszczu w szatni (ufff!). Jak już pisałam na początku wpisu, Michał mocno się wzruszył - widać było, że bardzo przeżywa te chwile, że nasza miłość jest prawdziwa.
Fot. Domoslava Pictures

Nasi bliscy składami nam życzenia już w restauracji, gdyż następna Para czekała już na swój ślub. Goście tych następnych już się niecierpliwili, więc tak było wygodniej i mniej stresująco.

Na przyjęciu (łącznie z nami) było 32 osoby. Usadzenie gości to mega wielkie wyzwanie, zwłaszcza jeśli ma się jeden długi stół i dwie obce sobie rodziny. Na kartkach rozmieszczałam wszystkich chyba ze 4 razy, a w efekcie i tak wyszło inaczej (poszłam na żywioł i winietki rozstawiłam w 5 minut na sali, co skutkowało usadzeniem "idealnym" na tamten dzień). Przyjęcie odbyło się w restauracji Sielska, która jest klimatyczna i mają smaczne jedzenie. Jednak ma też swoje minusy, ale o tym później.
Fot. Domoslava Pictures
Bardzo mi się podobało, że goście fajnie się bawili - i nie mówię tego, bo mi się tak wydaje, tylko rzeczywiście tak było. Sądzę, że to przez intymną atmosferę i niewielką liczbę gości każdy mógł ze sobą porozmawiać, poznać się lepiej. Przyjęcie w Sielskiej skończyło się o 18:00, ale później większa część gości wylądowała w Hotelu Skala, gdzie piliśmy drinki i dużo się śmialiśmy. Położyłam się chyba ok 02:00 w nocy i byłam padnięta, ale szczęśliwa jak diabli! :)

Co poszło nie tak?
  • jako konsultant śluby chciałam być zarazem Panną Młodą jak i koordynatorem na własnym przyjęciu - pewnych zachowań nie da się oduczyć i zostawić gdzieś w tyle. Na wesele, które planujemy na 2017 r. nie wyobrażam sobie nie mieć koordynatora - w dniu ślubu chcę mieć spokojną głowę, że będzie tak, jak sobie zaplanowaliśmy;
  • dojazd - mimo tego, że z domu rodzinnego do USC nie jest daleko, mięliśmy problem z dojazdem. Michał co prawda z hotelu miał bardzo blisko (dosłownie 100m), ale ze mną już było gorzej. Samochód rodziców popsuł się w najmniej odpowiednim momencie i w efekcie ja, Patrycja (moja druhna) i Ola (moja siostra) pojechałyśmy samochodem z Domosławą, a rodzice i dziadek z wujkiem;
  • zdjęcia, zdjęcia i po zdjęciach... Na weselu w 2017 r. wprowadzę chyba oficjalny zakaz posiadania telefonów komórkowych. Wszystko wszystkim, ale jeśli pół rodziny próbuje zrobić zdjęcie i zasłania wszystko fotografowi, to jest słabe na maxa! I tak się dziwię, że Domka zrobiła tak dobre zdjęcia, ale zdaję sobie sprawę, że część po prostu nie wyszło, bo nie było takiej możliwości. I tak, może wyjdę na przewrażliwioną chamkę, ale kurczę - jak płaci się za fotografa niemałe pieniądze, to goście powinni uszanować to i dać mu jak najlepsze pole manerwu. Przecież później każdy dostanie po kilka pamiątkowych zdjęć lub całą płytę z reportażem...;
  • restauracja dała niezły popis - powtórzę się, ale było z nią trochę nieporozumień - nawet nie wiem od czego zacząć wyliczanie... Od początku było wiadomo, że na przyjęciu zjawi się ok 30 osób. Z tym, że przy rezerwacji terminu nikt nam nie powiedział, że nie może być to liczba wyższa niż 25 osób. Na szczęście ten problem został szybko rozwiązany, ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. W dzisiejszych czasach mamy dostęp do wielu produktów i możemy menu dostosować do diety różnych osób. Tutaj restauracja miała niemały problem, bo słysząc formułę "danie wegetariańskie", proponowała ryby - a może ryby to nie zwierzęta? W końcu udało mi się wytłumaczyć na czym polega różnica między wegetarianinem a weganem, więc i ten problem rozwiązałam. Przed przyjęciem przywieźliśmy również tort. W sumie dwa małe torty. Logicznym jest, że takie rzeczy wstawia się do lodówki, bo przecież zaczną się rozpuszczać. Ale dla pani menadżer to nie było jasne - z racji tego, że torty zostały dostarczone, ale nikt nikt nie powiedział, że mają zostać włożone do lodówki, wszystko się rozpuściło... Lepiej nie mówić jak one wyglądały... Wg umowy jaką podpisaliśmy wynikało, że napoje i alkohol doliczany jest osobno do rachunku - Pani nie chciała się zgodzić, na rabat, bo liczba gości przewyższała 25 osób. Okej, jakoś to przeżyliśmy, ale doliczanie do rachunku kilku szarlotek na ciepło z lodami, kilka butelek wina, których nie widzieliśmy jest zwykłym chamstwem. Zostaliśmy wyproszeni o 18:00, bo tak było w umowie, mimo tego, że non stop ktoś coś domawiał i goście świetnie się bawili. Na koniec kochana pani menadżer stwierdziła, że moja mama ma jej pomóc sprzątać po przyjęciu, bo ona nie ma tylu osób do pracy. Myślałam, że wybuchnę, jak kilka dni po weselu się o tym dowiedziałam! Wiem, że już nigdy moja stopa tam nie stanie i, że restauracja Sielska jest skreślona!
  • zaproszenia i winietki - na początku listopada zamówiliśmy zaproszenia i winietki - wszystko w jednym stylu, od jednej firmy. Niestety zamówienia nam nie zrealizowali i sami w nocy drukowaliśmy zaproszenia z gotowych szablonów. Musieliśmy tak zrobić, bo mięliśmy tylko jedną noc na ich przygotowanie i rozwiezienie. Z winietkami przygotowałam się bardziej - na fb dziewczyna mi poleciła świetny sklep papierniczy, gdzie znalazłam eko papier, ściągnęłam darmową czcionkę (z polskimi znakami) i wydrukowałam prostokątne winietki. Efekt mnie bardzo zadowolił :)
Ogólnie cudownie wspominam ten dzień - było przepięknie (nie licząc kilku wpadek). Żałuję jedynie, że nie mogliśmy zaprosić na ten ślub kilku dodatkowych osób, ale postanowiliśmy być twardzi i zaprosiliśmy wyłącznie najbliższych dorosłych osobników rodziny, bo gdybyśmy mięli zapraszać dodatkowo ich dzieci, to zrobiłoby się nam małe wesele (ponad 60 osób), co w tym wypadku nie miało sensu. I tak planujemy wesele w najbliższym roku, więc zaprosimy wszystkich, których kochamy i chcemy się z nimi pobawić. 
Rozpisałam się na potęgę, ale krócej się nie dało :)
Fot. Domoslava Pictures
        
Podwykonawcy z dnia ślubu:
Zdjęcia - Domoslava Pictures
Kwiaty i dekoracje - Górecka Marlena (plus trochę ja i Michał) :)
Fryzura - Katarzyna Zalewska
Makijaż - Sk Ewa 
Restauracja - Sielska  


 

Prześlij komentarz